ja-skier blog

Twój nowy blog
pojąłem, poprowadziłem
do tańca i ukobieciłem
zdjąłem welon i położyłem
tysiąc mokrych pocałunków
ubrałem garnitur i zawiązałem krawat
zdjąłem i ubrałem skórę męża
teraz twój smutek jest moim smutkiem
teraz wszystkie radości są nasze
końce końców
początki początków
zapach kuchni i
uczucie że nie 
jest się samemu
pośrodku ciemności
*

słoneczny pogorzelec pośród strzelających blach
jest tak gorąco, że zamarza myśl
świat zamiera w kulkę zeschłego chleba
dym przesłania horyzont

*

wilgoć przenika mnie
wodonośmnymi warstwami
źródła oligoceńskie, strugi, gajzery
jestem przemoczony tą niekończącą się jesienią
chcę wyć
lecz me gardło wciąż wypełnia woda
zapada noc
miotam się w ciemności
tropiąc ciepło
wciąż szukając ognia
przy którym mógłbym wysuszyć
skórę, papier, skrzydła
każdy mój krok tworzy kałużę
każda myśl się skrapla
świat wokół tonie
gubiąc kształty i treści
kiedy w końcu wzejdzie słońce
oświetli jedynie gładką powierzchnię oceanów
*
niepewność oblana patyną brawury
szlisty lukier na krzywiżnie
smukła jak światło
jak wieża z marzeń
piękna jak liść
wirujący w powietrzu
zapisujemy chwile 
na kartach umysłu
suniemy w przyszłość 
torem terźniejszości
snujemy eposy zapisane na wietrze
krzykiem stawiamy czoło nicości
ten czas jest jej
tak go zapamietam
to mój wyznacznik
wektor azymut
smukła dziewczyna wisząca w powietrzu
błysk jasnych włosów na powierzchni przeszłości
*
zaglądam w noc przez otwarte okno
kroki, krzyki śmiech
kontur świata okryty całunem ciemności
bestie biją o pręty naszych klatek piersiowych
chcą się wyrwać w mrok
tam gdzie jądro i macica
i błyskotliwy wodospad
odblasków w fakturze szkla
wdycham ulice
boję się wyjść 
boje się wejść
boję się świata
boję się o świat
*  
rozsmużyło się ciepło
miękki odblask na krzywiźnie
ruch jasnych osypujących się kresek
szybki oddech pod wiosennym niebem
piękno jest ulotne
tkwi w ruchu
dynamiki uśmiechu nie utrwali
nawet najlepsza lustrzanka
zachłysnąłem się tym żarem
roziskrzonym tańcem na ostrzu czasu
przeszedłem przez siebie w cyfrową ramę
zamroziłem w syntetyczną  niedoskonałość 
dotykamy tylko świata
chwiejemy się stojąc na palcach
muskając jego ciepły brzuch opuszkiami
to co widzimy jest już opóżnione
o setną setnej sekundy
pozostaje nam więc wyobraźnia
rozproszone przypuszczenie
przenikając przez czas w takt bicia naszych serc
krok za krokiem w głąb imaginacji
Sen w krainie snów i rozmazanych farb
*
wszyscy czekamy pod stalowym niebem
na odgłos gromu, na łomot pieśni
pełni nadzei na zmartwychwstania
literujemy siebie na kartach opowieści
wypełniamy sobą bebechy kościołów
wyciągamy ręce ku pustemu powietrzu
strach nocy zasiedlają nam rzesze potworów
słowa skażamy mgłą lotnych treści 
jak areozol napalmu wypełnia
treść nasze myśli i płuca
żółta jak kość księżyca pełnia
stalowe szczątki na brzeg nocy wyrzuca
stalowe marzenia i spiżowe słowa
piękno skór gładkich i błękitnych oczu
cios, grzechot, przemoc, tańcząca pożoga 
małość speaw ludzkich pośród fali mroku
*

Przez zaśnieżony czas

obraz kontrolny
na wszystkich pasmach
wędruję na wschód
czymkolwiek jest w dzisiejszych czasach
śnieg w każdym oknie
kroki są bezgłośne
noc milczy treścią
fotografie w najmniejszym stopniu
nie oddają wyobrażeń
uporządkowana cyfrowa tęsknota
i kropla zamarła w pół ruchu
na płatku pelargonii
nie potrafię zatrzymać myśli w mojej głowie
okaleczają mnie na wszelkie sposoby
kuleję werbalnie i stylistycznie
nawet nienawidzę ostatnio
jakby nie wystarczająco mocno
śnieg, śnieg w kościach
mróz ścina mięso
oddech zmienia się w kłąb pary
bezgłośnie przemierzam świat
wypełniony moją myślą
moją tęsknotą, kroplami wody
płatkami pelargoni
oddycham płytko ze strachu
tą wodą i tymi płatkami
*
tarzając się w światłach uświadomił sobie miałkość
każdej minuty swego życia, która nie była
przesycona alkoholem 
sens albo wątroba
wybór był jasny 
długość życia liczona w latach
jest tylko okresem czasu
*
czego chcesz wietrze
niesiesz nocami nowiny
grasz na strzunach drutów
rozpiętych na nebie
ponad ulicami
nie pozwalasz zasnąć
szarpiesz na strzępy entropię
wybiegam pod księżyc
gałęzie chłoszczą twarz
piach plaży chłodzi stopy
na tej plaży widziałem w snach
tysiąc porzuconych przez prąd wraków
trących o siebie metalicznie u wrót utopi
rym
muszę uważać na siebie
rym to różnica
pomiędzy wierszem a wieszykiem
pomiędzy tym co się ocenia, a co czyta
cofam się 
klawisz, biel niezapisanej strony
piach, ciemność, wiatr
gałęzie brzemienne w potencjał wiosny
sen, pragnienie, decyzja
przebudzenie
wizja
*

  • RSS